środa, 28 stycznia 2015

Co jest czym w kosmetykach- część 1-witamina A

Dzisiaj miała być recenzja szminek Makeup Revolution, bo właśnie przyszła mi dostawa, ale mąż skubnął kompa ze zdjęciami i oddać nie chce :-) więc skupię się na tym co planowałam już od dłuższego czasu, czyli na składnikach kosmetyków.

Czemu akurat o tym? Powód jest bardzo prosty- żeby trochę ułatwić wybór kosmetyków i dać się omamić reklamom. Dość często bywam w drogeriach czy perfumeriach i widzę jak wiele kobiet z uwagą studiuje składy kremów, balsamów i innych mazideł. Często chciałyby wiedzieć więcej, ale albo obawiają się zapytać albo obsługa nie za bardzo zna się na składach kosmetyków. Nie dotyczy to wszystkich miejsc, bo w na przykład w Drogerii Natura czy aptece Super-pharm, które odwiedzam obsługa jest świetnie poinformowana i naprawdę potrafi doradzić. Jednak nie zawsze tak jest, dlatego zdecydowałam się na serię postów, w których postaram się przybliżyć działanie niektórych składników kosmetycznych.

Zacznę alfabetycznie od witaminy A. Substancja ta występuje w kosmetykach pod różnymi nazwami, różne też jest wtedy jej działanie.

Zacznę od tego pod jakimi nazwami w kosmetyka występuje witamina A. Są to retinol, retinal (retinaldehyd), kwas retinowy, beta-karoten oraz estry, głównie pod postacią octanu i palmitynianu retinylu. Estry te często występują w kosmetykach pod nazwą "pro-retinol".

Retinol to zdecydowanie najbardziej znana nazwa z tej grupy. Jest to obecnie najlepiej zbadana substancja przeciwzmarszczkowa. Aby miała takie działanie jej stężenie nie powinno być mniejsze niż 0,25 %. Niestety, większość firm nie podaje jakie stężenie tego składnika zawiera dany kosmetyk. Retinol działa na skórę przeciwzmarszczkowo, uelastycznia ją, przyspiesza podziały międzykomórkowe, pomaga zredukować plamy pigmentacyjne oraz szorstkość skóry. Zalecany jest do skóry dojrzałej, suche, ale też jako jeden ze składników w walce z trądzikiem. Nadaje się również do skóry tłustej, gdyż reguluje wydzielanie sebum, zmniejsza widoczność porów i ogranicza tworzenie się zaskórników.

Retinal (retinaldehyd) występuje bodajże tylko w kosmetykach firmy Avene (Triacneal) i jest ich zastrzeżonym produktem. Retinal wykazuje podobne właściwości co retinol ,jednak jest znacznie mniej poznaną substancją, być może z powodu tego, że ma znak patentowy i tylko koncern Pierre Fabre ma do niego prawa.

Kwas retinowy, czyli inaczej trentinoina to inna pochodna witaminy A, o bardzo silnym działaniu. Z tego powodu jest wydawana na receptę, a nie można jej znaleźć w powszechnie dostępnych kosmetykach. Jest stosowana między innymi do leczenia trądziku.

Pro-retinol, czyli wspomniane wcześniej estry, to kolejne pochodne witaminy A. Wykazują one podobne działanie co retinol, ale o znacznie mniejszym natężeniu, więc mogą być też stosowane do cer wrażliwych. Często są składnikami kremów i olejków (np. Uszlachetniony olejek arganowy+pro-retinol firmy Bielenda).

Beta-karoten chyba najlepiej kojarzymy z tabletkami, które mają zapewnić nam opaleniznę. Substancja ta w kosmetykach ma poprawiać kolor skóry, działać antyoksydacyjnie oraz chronić przed promieniami UV.

Trzeba pamiętać, że witamina A jest rozpuszczalna w tłuszczach, więc kremy czy maści z nią nie znajdziemy pod etykietką "oil-free". Bardzo często występuje w duecie z witaminą E, gdyż ta przeciwdziała szybkiemu utlenianiu się witaminy A.

Mam nadzieję, że chociaż trochę udało mi się przybliżyć czym jest i jak działa witamina A w kosmetykach. Zapraszam na następny post z serii, który sponsorować będzie kwas askorbinowy, czyli witamina C.

wtorek, 27 stycznia 2015

Recenzja paletki Sleek Arabian Nights

Kolejna recenzja limitowanej paletki Sleeka. Zdecydowałam się najpierw opisywać wersje limitowane, a później te które są na bieżąco w sprzedaży, gdyż komuś może coś się spodobać, a później nie będzie mógł tego kupić. Za tą paletkę chyba też najwięcej zapłaciłam, bo coś około 31 PLN. Notabene wszystkie paletki Sleeka (poza jedną kupowaną na przecenię na cocolita.pl) wylicytowałam na allegro. Dzięki temu za niektóre zapłaciłam mniej niż 20 PLN. Wszystkie były nowe, więc chyba się opłaca :-).

Wracając do opisywanej paletki. Prezentuje się ona tak:



A tak prezentują się swatche (robione na bazie z Kobo i w sztucznym świetle):

Paletka ma jeden mat, a reszta to mniej lub bardziej błyszczące cienie. Mat to taki fiolet z domieszką brązu o całkiem przyjemnej jakości. W ogóle zauważyłam, że Sleek jeśli chodzi o cienie matowe to znacznie lepsze ma cienie ciemne niż jasne, ale to tak na marginesie.

Pierwszy cień patrząc od góry to bardzo ładna perła o kolorze lekko podchodzącym po różowe złoto. Cień kremowy i dobrze napigmentowany. Kolejny jest złoty cień o perłowym wykończeniu, kremowy w dotyku i o równie dobrej pigmentacji. Następny jest jasny perłowy brąz, również dobrej jakości. Kolejno idą dwa bardzo przyjemne zielone cienie, z których ciemniejszy jest zdecydowanie bardziej kremowy w dotyku. Na samym końcu tego rzędu jest bardzo ładny lekko opalizujący granatowy cień o dobrej pigmentacji.

Dolny rząd rozpoczyna cień Genie w ciemnym brązowym i raczej chłodnym kolorze. Ładnie się komponuje z cieniami jasnymi z górnego rzędu. Następny cień wydaje się w paletce dość jasny, ale to bardzo ciemny turkus o dobrej pigmentacji. Kolejny jest jest wspomniany już wcześniej matowy cień. Sorcerer to taki lekko brudny ciemny niebieski. Ostatnie dwa cienie to bardzo ładny fiolet, taki bakłażanowy, oraz czerń.

Paleta, zgodnie z nazwą, zdecydowanie nastawiona na wieczorowe makijaże, chociaż na dzień też coś można stworzyć. Błyszczące cienie, jak to u Sleeka bywa, są dobrej jakości i przyjemnie się nimi maluje. Mnie osobiście trochę rozczarowują odcienie niebieskiego, bo mogłyby być troszkę jaśniejsze. Chodzi mi o cienie z dolnego rzędu, bo granat z górnego rzędu jest fantastyczny.

Ogólnie fajna paletka i na pewno będę często z niej korzystała, jeśli nie z samej to w połączeniu z innymi Sleekami z mojej kolekcji.

Jak sobie poradzić z odpryśniętym lakierem-kilka wskazówek jak nie robić całego manikiuru od początku

Bardzo lubię mieć umalowane paznokcie, ale samego procesu malowania nie lubię. Ponadto preferuję ciemne lakiery, na których momentalnie widać jak tylko jest gdzieś odrobinę odpryśnięty lakier. Z tego powodu postanowiłam pokombinować jak uratować zepsuty manikiur.
Co się przydaje w takich sytuacjach:
-zmywacz typu słoiczek z gąbką nasączoną zmywaczem
-2 lakiery pękające (jasny i ciemny) bądź jakieś lakiery z brokatem 
-kolorowego paseczki jak do frencza
-osuszacz do lakieru

Wersja pierwsza-mamy duży odprysk na jednym paznokciu. W takiej sytuacji najlepiej będzie paznokieć zmyć w zmywaczu z gąbką, odtłuścić, pomalować tym samym lakierem co reszta paznokci, potraktować osuszaczem do lakieru i gotowe.

Wersja druga- mamy drobne odpryski na kilku paznokciach, bardziej w okolicy środka płytki niż brzegu. W takiej sytuacji najlepiej sprawdzi się lakier pękający, który ładnie ukryje nam odpryski. Jeśli mamy ciemny manikiur to bierzemy jasny pękający lakier, jeśli jasne paznokcie to ciemny. Ważne, że kontrastowało, bo dwa kolory ciemne lub jasne nie wyglądają ładnie (sprawdziłam). Pękającym topem malujemy wszystkie paznokcie, czekamy aż wyschnie i gotowe.

Wersja trzecia- nie mamy odprysków, ale lakier pościerał nam się na czubkach paznokci. Wtedy możemy albo innym kontrastującym lakierem zrobić frencz albo nakleić gotowe paski, które można dostać w prawie każdej drogerii.

Oczywiście są to rozwiązania doraźne, raczej nie polecałabym ratować tak manikiuru w nieskończoność.

Recenzja paletki Sleek Glory

Jestem kibicem sportowym i to takim co to wstaje o czwartej rano i ogląda mecze tenisowe lub siatkówki. W takiej sytuacji nie mogłam się oprzeć paletce wydanej z okazji olimpiady w Londynie. Paletka kolorystycznie nawiązuje do medali olimpijskich oraz kół w symbolu olimpiad. Nazwy cieni pochodzą od dzielnic Londynu.

Paletka prezentuje się tak:



Jak widać górna część jest raczej delikatna poza jednym ciemnym cieniem, natomiast dół to już mocne i w większości błyszczące cienie.

Swatche (robione w sztucznym świetle i na bazie z Kobo) prezentują się tak:

W paletce mamy dwa matowe cienie i dziesięć perłowych. Cienie matowe, czyli szary i czerwień to dwie skrajności. Szary jest bardzo słabym cieniem jeśli chodzi o kolor i trzeba się sporo namachać, żeby go nawet dobrze nabrać na pędzel. Sądzę, że nadaje się tylko do rozcierania innych cieni i takie było jego przeznaczenie w tej paletce. Natomiast czerwień to kolor mocny i wystarczy tylko lekko potrzeć pędzlem, żeby go nabrać. Wadą jest to, że pyli i to dość mocno.

Cienie błyszczące mają jak to z reguły w paletach Sleeka całkiem niezłą pigmentację i są przyjemnie kremowe w dotyku. Ciężko było by mi powiedzieć, który najbardziej przypadł mi do gustu, bo wszystkie mają swój urok. Na pewno cienie z górnej części palety łatwiej będzie wykorzystać w codziennym makijażu, bo mają znacznie bardziej stonowane kolor. Ostatni cień z górnej części palety to wbrew pozorom nie czerń, ale taki kolor pośredni między grafitem a bardzo ciemnym granatem.

Paleta fajnie i pomysłowo skomponowana, cienie w większości dobrej jakości. Można i wykonać dość spokojny makijaż na dzień i coś znacznie bardziej kolorowego. Ja mimo tego, że miałam wątpliwości co do tej palety to jestem bardzo z niej zadowolona.

niedziela, 25 stycznia 2015

Recenzja paletki Sleek Acid

Dzisiaj kolejna recenzja paletki Sleeka, tym razem tej o nazwie Acid. Nie wiem czy mi się trafił jakiś wybrakowany egzemplarz, ale w przeciwieństwie do innych posiadanych przeze mnie paletek tej firmy, w tej na folii pokrywającej cienie nie ma napisanych ich nazw chociaż już na pudełeczku gdzie znajdziemy rady dotyczące aplikacji te nazwy są. Szukałam też na innych blogach i chyba większość trafiła na takie egzemplarze.

Paletka prezentuje się tak:


Tak jak ja widzę jest w niej sześć matowych cieni, dwa matowe z delikatnymi drobinkami, trzy dość mocne perłowe, dwa matowe z delikatnymi (bardzo delikatnymi drobinkami) oraz jeden cień typu kameleon.

Swatche prezentują się tak:

Najlepiej jeśli chodzi o pigmentację wypadają trzy perłowe cienie, czyli dwa odcienie niebieskiego oraz dość ciemne srebro. Niezła jest również czerń z delikatnymi drobinkami oraz fioletowo-różowy kameleon, który trochę przypomina mi fiolet z opisywanej wcześniej paletki Rio Rio, z tym że tutaj jest więcej różu opalizującego na niebiesko. Całkiem przyzwoicie, chociaż kolor trzeba budować prezentuje się jasno oliwkowa zieleń (matowy z delikatnymi drobinkami). 

Całkowicie matowe cienie to niestety trochę inna historia. Wszystkie są bardzo suche w dotyku i bardzo ciężko je budować. Zdecydowanie najgorzej prezentuje się biel, którą w swatchu mimo nakładania na bazę musiałam kilkakrotnie poprawiać, a i tak jest kiepsko widoczna. To samo z żarówiastą żółcią. Zieleń, róż oraz pomarańcz prezentują się trochę lepiej, ale też jedna warstwa nie wystarcza i kolor trzeba budować.

Miałam okazję już testować cienie w makijażu (niestety nie mam zdjęć). Niebieskie cienie świetnie się rozcierają, dobrze trzymają i nie rolują na oku. Matowe chyba trzeba będzie nakładać na mokro, żeby lepiej wydobyć kolor.

Jak moje dziecko przestanie ząbkować i obydwoje przestaniemy być chodzącymi kupkami nieszczęścia to postaram się zamieścić jakiś makijaż wykonany głównie za pomocą tej paletki.

Na razie jestem z niej umiarkowanie zadowolona, ale zobaczymy jak paleta będzie się dalej sprawowała.

sobota, 24 stycznia 2015

Jego upierdliwość tusz do rzęs

Jak ktoś oglądał kilka moich postów z makijażami to mógł zauważyć, że z tuszem jest różnie. Zwróciły mi na to uwagę również osoby w komentarzach. Nie ukrywam, głupio mi się zrobiło, bo piszę, że sklejone rzęsy psują makijaż, a sama taki prezentuję. Trzeba było coś z tym zrobić.

Tusze do rzęs, których obecnie używam to Rimmel Scandaleyes Retro Glam oraz tusz Etre Belle z wrześniowego ShinyBox. Pierwszy to tusz pogrubiający, a drugi podkręcający rzęsy. Swoją walkę o ładne, nieposklejane rzęsy rozpoczęłam z tuszem od firmy Rimmel. Opiszę w kilku krokach jak udało pozbyć mi się tych nieszczęsnych grudek.

1.Zaczęłam znowu używać zalotki. Podkręcone nią rzęsy łatwiej dokładnie umalować.
2.Tusz Rimmel jest gęsty i ma bardzo dużą szczotę, więc przed aplikacją na rzęsy delikatnie wycieram nadmiar w chusteczkę higieniczną.
3.Zakupiłam takiego małego pomocnika do malowania rzęs, bodajże firmy AnnCo. Z jednej strony jest szczoteczka do wyczesywania, a z drugiej taki wachlarzowaty pędzelek. Ja ten pędzelek przykładam do nasady rzęs podczas malowania i dzięki temu nie odbija mi się tusz na górnej powiece, a przynajmniej nie aż tak bardzo.
4.Nakładam tylko jedną warstwę tuszu, którą bardzo dokładnie wyczesuję drugą stroną tego małego urządzenia.
5.Rzęsy maluję ruchem zygzakowatym, a jeśli gdzieś nie domalowałam to bardzo delikatnie robię to czubkiem szczoteczki.
6. Jeśli trzeba to ponownie wyczesuję.

Wygląda to po prostu lepiej i mam nadzieję, że niedługo zaprezentuję to w jakimś makijażu.

Co może, a czego nie może mama karmiąca

Długo zastanawiałam się nad napisaniem tego posta i starałam się zebrać rzetelne informacje na temat tego co wolno, a czego nie wolno podczas karmienia piersią. Poruszam temat tylko samego karmienia, bez etapu ciąży, dlatego że te zalecenia się trochę różnią i podczas karmienia można pozwolić sobie na trochę więcej luzu. Część odpowiedzi konsultowałam z lekarzami (ginekologiem, pediatrą oraz dermatologiem), więc mam nadzieję, że będzie to miało trochę większą podstawę naukową.

Do napisania tego posta skłoniły mnie bardzo częste pytania z serii "ale czy możesz skoro karmisz piersią". Przede wszystkim dotyczyło to odżywiania się, ale parę razy mogło się też zdarzyć, że chodziło o jakieś sprawy związane z dbaniem o siebie. A już mistrzostwo świata pobiła pewna starsza pani w hipermarkecie, która na moją uwagę, żeby przestała pochylać się nad wózkiem zareagowała takim tekstem: "Pani jest złą matką, bo się pani maluje". Nie wiem co ma piernik do wiatraka, ale pani była bardzo przekonana o swojej racji.

Postaram się obalić kilka dość powszechnych mitów na temat karmienia i dbania o siebie.

1. Zacznę od chyba największej kontrowersji, czyli kwasów. Jak ostatnio byłam u kosmetyczki to od razu było pytanie czy nie karmię, bo wtedy tylko kwas laktobionowy. Taki też zabieg pani kosmetyczka mi zrobiła. Zaczęłam sobie trochę więcej czytać na temat tych nieszczęsnych kwasów, popytałam moją ginekolog, dermatologa i pediatrę. Zgodnie z ich opinią kwasy w niskich stężeniach, czyli takich jak jest w różnych kremach aptecznych, nie szkodzą dziecku. Wyjątkiem jest kwas salicylowy i tego unikamy. Generalnie spotkałam się z podejściem, że kwasów oraz zabiegów laserem nie powinno się stosować bardziej ze względu na znacznie wrażliwszą skórę u mamy karmiącej niż na samo dziecko. Podam tu przykład kwasu mlekowego, który po pierwsze jest naturalnym składnikiem naszego organizmu, a po drugie jest w bardzo wielu kosmetykach przeznaczonych dla mam. Ja w ciąży nie stosowałam kremów z kwasami, natomiast obecnie kiedy Mały jest już trochę rzadziej karmiony to stosuję takie kosmetyki z niskimi stężeniami, ale na jakiś mocny peeling u kosmetyczki bym się nie zdecydowała. W tym względzie każda mama powinna podjąć samodzielną decyzję.

2.Podobnie jak z kwasami ma się rzecz z retinolem. Z tego co czytałam w kremach, które są dostępne bez recepty na polskim rynku (nie mówię tu o maściach na receptę z retinoidami) stężenie retinolu jest na tyle małe, że raczej nie ma szans przeniknąć do pokarmu. Weźmy też pod uwagę, że tego typu kosmetyków używamy na stosunkowo małą powierzchnię skóry, więc wchłanialność też jest znacznie mniejsza.

3. Farbowanie włosów. To chyba jeden z najbardziej znanych mitów odnośnie ciąży i karmienia piersią. Nawet w jakimś serialu to widziałam. Można farbować włosy, robić trwałą itd., a pokarm nie stanie się rudy albo w kolorze wiśni ;-).

4. Malowanie paznokci też nie jest zakazane, ale to proponowałabym robić jak jesteśmy pewne, że nasze maleństwo śpi i na pewno malować te paznokcie w innym pokoju przy otwartym oknie (w miarę możliwości). Jeśli jest tak, że nie jesteśmy pewne czy paznokcie nam wyschną zanim trzeba będzie podnieść dziecko to lepiej sobie darować, żeby po pierwsze nie wdychało oparów, a po drugiego nie dotknąć go przypadkiem lakierem do delikatnej skóry.

5.Makijaż również nie jest zakazany podczas karmienia. Lepiej tylko nie całować dziecka jak ma się czerwoną szminkę :-). Albo z tej szminki rezygnujemy albo malujemy się nią wtedy kiedy dziecka całować nie będziemy (czyli szminka na jakiś czas idzie w odstawkę).

6.Można się też opalać, ale z umiarem oraz lepiej stosować filtry mineralny np. biała seria firmy Avene. Raczej nie opalamy się topless, ale to nie jest wskazane nawet jak się nie karmi. Jeśli ktoś już chce się opalać topless to brodawki należy posmarować filtrem SPF 50.

7.Kremy wyszczuplający i antycellulitowe też nie są zakazane, niemniej jednak warto wybierać takie które nie zawierają kofeiny. Poza tym to lepiej kupić dobry balsam nawilżający, zdrowo się odżywiać i ćwiczyć, bo kremy same nas nie wyszczuplą.

Z własnej perspektywy wiem, że te wszystkie zabiegi zaczyna się robić dopiero po jakimś czasie, bo na początku to człowiek jest szczęśliwy jak uda mu się wziąć szybki prysznic i umyć włosy oraz zęby. Jest to też o tyle dobre, że nasze hormony mogą trochę dojść do ładu.

Kolejna sprawa to taka, że na pewno osoby, które mają alergie bądź dzieci z alergiami lub innymi schorzeniami powinny się zastanowić nad każdym kosmetykiem, który stosują.

Nie jest to w żaden sposób tekst naukowy. Rozmawiałam z lekarzami, ale jak wiadomo badaniami nad kobietami karmiącymi budzą sporo kontrowersji i słusznie. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości czy używać danego kosmetyku czy nie to lepiej sobie darować.

środa, 21 stycznia 2015

Czerwona szminka-jak ją ładnie nosić

Z tego co zdążyłam zauważyć obserwując różne blogi i vlogi większość (nie mówię, że wszystkie) blogerek i vlogerek dzieli się na te, które noszą szminki w kolorze "nude" praktycznie do wszystkiego oraz na te, które mocno szaleją z krwistą czerwienią, dojrzałą śliwką czy piękną fuksją. Ja osobiście raczej zaliczam się do tej drugiej grupy chociaż szminki w odcieniach naturalnych (naturalnych, nie trupich) również bardzo lubię.

Czerwona szminka jest i łatwa i trudna do noszenia. Łatwa, bo pasuje praktycznie każdemu jak tylko odpowiednio dobierzemy fakturę i odcień. Trudna, bo niestety bardzo prosto można się nią oszpecić. Postaram się krótko opisać jak wybierać i nakładać oraz nosić czerwoną szminkę.

Po pierwsze wybieramy odcień. Wiadomo, typy chłodne i ciepłe wybierają różne odcienie. Panie o urodzie wiosny i jesieni, a więc typy ciepłe powinny się skłaniać ku odcieniom z domieszką pomarańczy, koralowym. Natomiast lata i zimy, czyli typy chłodne powinny szukać odcieni z domieszką niebieskiego jak burgund czy wiśnia. Klasyczna czerwień, jako jedna z barw podstawowych, pasuje moim zdaniem wszystkim typom urody.

Po drugie wybieramy typ pomadki, czyli czy ma być matowa, błyszcząca z drobinkami czy bez. Tu już pozostaje pewna dowolność, ale warto pamiętać, że ciemne i matowe kolory optycznie zmniejszają usta, a wersje jaśniejsze i błyszczące powiększają.

Jak już mamy szminkę idealną to warto do niej dobrać konturówkę w jak najbardziej zbliżonym kolorze, bo jak sobie narysujemy ładny kontur to łatwiej go będzie później wypełnić i nie zrobić sobie clowna na twarzy.

Jednak zanim zaczniemy nakładać konturówkę i szminkę to warto zadbać o usta. Regularny peeling i stosowanie balsamu mogą zdziałać cuda. Pomadki o intensywnych kolorach takich jak czerwony momentalnie podkreślają każdą suchą skórkę na ustach, więc zadbajmy o to, żeby czerwień podkreślała naszą urodę, a nie ją niweczyła. Ja jak mam jakieś uparte suche skórki to po prostu nakładam w miarę neutralny błyszczyk i widać je trochę mniej.

Kolejna sprawą przy noszeniu czerwonej pomadki jest cera. Musi ona być ujednolicona, bez żadnych krostek, naczynek itd., bo czerwień tylko jeszcze bardziej je wyeksponuje. Dlatego jeśli ktoś lubuje się w czerwieni, a ma problemy z cerą, to powinien zainwestować w dobry korektor, podkład oraz puder.

Na koniec z czym nosić czerwień. Do klasycznej najlepiej pasuje bardzo neutralne oko, z jasnym beżowym  cieniem i ewentualnie kreską z robioną eyelinerem. Przy kolorach, które oscylują już bardziej w kierunku oranżu bądź błękitu można trochę bardziej zaszaleć, ale też nie za bardzo, bo czerwień konkurencji nie lubi i zamiast wyjść ładnie może wyjść tandetnie i wulgarnie.

W najbliższym czasie przedstawię moją kolekcję czerwonych pomadek (jak dziecko pozwoli mi zrobić swatche i zdjęcia na ustach), a jest ich trochę.

Cienie w kremie, czyli Maybelline Color Tattoo

Nigdy nie używałam cieni w kremie. Przywykłam do klasycznych cieni prasowanych i stosowania ich w codziennym makijażu. Jakiś czas temu na jednym z vlogów Dirtymakeup bardzo polecała cienie w kremie firmy Maybelline. Postanowiłam spróbować jak to będzie i zaczęłam szukać odpowiedniego koloru.

Zależało mi na tym, aby cień miał barwę bordową z domieszką fioletu i tak oto trafiłam na kolor Pomengrate Punk. Zapłaciłam za niego niecałe 10 PLN w drogerii ekobieca.pl. Z tego co zauważyłam ten kolor na razie nie jest dostępny stacjonarnie w Rossmannie czy Naturze.

Cień zapakowany jest w solidny, szklany słoiczek. Prezentuje się to tak:




Kolor na komputerze może wydawać się bardziej brązowy niż fioletowy, ale w rzeczywistości bliżej mu do ładnego fioletu z domieszką czerwieni.
A tu swatch:

Cień można aplikować zarówno pędzelkiem, jak i palcami. Już po pierwszej warstwie kolor jest dość mocny. Dodawanie kolejnych warstw wzmacnia kolor. Cień bardzo szybko zastyga i rewelacyjnie się trzyma. Wytrzymuje nawet dość ekstremalne zabawy "jak cios matkę w oko lub nos" co uwielbia moje dziecko. Daje się też całkiem ładnie rozcierać i łączyć z cieniami o prasowanej formule.

Na pewno można go wykorzystać jako bazę pod czerwone, różowe bądź fioletowe cienie, a z brązami też się dogada. Sprawdzi się również jako eyeliner albo po prostu jako samodzielny cień. Mnie osobiście ta formuła bardzo odpowiada i już rozglądam się za kolejnymi cieniami w kremie.

A poniżej to co stworzyłam za pomocą tego cienia. Tusz do rzęs również okiełznałam ;-) i chyba wygląda lepiej niż w poprzednich makijażach.

wtorek, 20 stycznia 2015

Jak nie skończyć jako świecąca pomarańcza, czyli o dobieraniu podkładu słów kilka

Podkład to chyba najbardziej problematyczny kosmetyk dla większości kobiet. Ostatnio czytałam jakieś badania, że około 40% Polek nie wie jak dobrać podkład. Nie wiem jaka była grupa badanych, ale taka liczba to całkiem sporo, jednak wcale mnie to nie dziwi. Podkładów jest wybór ogromny i każdy jest reklamowany jako idealny dla każdej kobiety, ale oczywiście jest to nieprawda. Ja też kilkakrotnie wybrałam zły podkład i później byłam na siebie bardzo zła, bo i źle wyglądałam i wydanych pieniędzy też było mi szkoda.

Jak więc dobrać ten dobry podkład? Jeśli idziemy do perfumerii jak Douglas czy Sephora to sprawa jest prostsza- pracujące tam osoby coś nam doradzą, podpytają o typ cery, pomogą dobrać odcień, a jeśli nie kupimy od razu to dostaniemy próbki do testów domowych.

Podkłady w drogeriach są jednak najczęściej dość drogie i nie każdego na nie stać bądź nie chce wydawać powyżej 100 PLN na podkład i to też jest zrozumiałe. Idąc do drogerii typu Rossmann czy Hebe też możemy spodziewać się pomocy pracujących tam osób, ale w znacznie mniejszym stopniu niż w perfumerii. Same jednak możemy dobrać podkład odpowiedni dla siebie. Oto kilka, moim zdaniem, najważniejszych rzeczy:

1.Typ cery. Jak już określimy swój typ cery to znacznie łatwiej nam będzie wybrać rodzaj podkładu, ale mała uwaga dla pań z cerą dojrzałą i tłustą- nie polecam tu mocno matujących podkładów, bo te mają tendencję do podkreślania zmarszczek.
2.Kolor. Tu pojawia się największy problem. Większość osób testuje kolor podkładu na dłoni, zapominając, że skóra tam ma inny kolor niż ta na twarzy. Podkład najlepiej testować na dekolcie, więc na zakupy podkładowe warto założyć bluzkę z trochę większym dekoltem i zabrać ze sobą wilgotne chusteczki. Niektórzy testują też podkład na linii żuchwy, ale to może okazać się zgubne, gdyż jest to skóra w tym miejscu i dalej na szyi jest bardziej ukryta przed słońcem i może się okazać jaśniejsza niż reszta twarzy. Nie jest tak u wszystkich, ale opcja z dekoltem jest jak dla mnie bezpieczniejsza.
3.Nie sugerujemy się za bardzo nazwą podkładu typu "Ivory", Beige" itd. Często firmy tak nazywają swoje podkłady, a kolor okazuje się zupełnie inny. Nawet w obrębie tej samej marki, ale innych rodzajach podkładów kolor bywają różne (Revlon, Rimmel).Ja się tak załatwiłam z podkładem firmy Eveline, który w nazwie miał "Kość słoniowa", a okazał się piękną pomarańczą.
4.Pora roku. O tym niestety zapomina bardzo wiele osób. Są podkłady, które ze swej natury lepiej sprawdzają się latem, a są takie które są niezastąpione zimą. O kolorach już nie wspomnę. Jako przykład mogę podać fakt, że podkład rozświetlający, który latem na skórze tłustej wygląda jak smalec, zimą może okazać się wręcz idealny. Natomiast podkład matujący, który latem fajnie współgra z cerą tłustą, zimą może ją tylko wysuszyć i pogorszyć jej stan.
5.Cel w jakim kupujemy podkład. Jeśli decydujemy się na kupno podkładu to warto określić w jakich sytuacjach będziemy go używać. Czy dużo pracujemy na powietrzu czy wręcz przeciwnie, sporo siedzimy w klimatyzowanych pomieszczeniach.
6. Jak już totalnie nie jesteśmy pewne jak z tym podkładem to wiele drogerii internetowych oferuje próbki i testery na allegro. Są to próbki popularnych podkładów drogeryjnych, więc chyba lepiej zainwestować 5-10 PLN w tubkę ok. 10 ml niż 50 PLN w cały podkład, który może okazać się nietrafiony.
7.I na koniec, jako osoba która sama pisze recenzje kosmetyków, czytajcie opinie o podkładach internecie na blogach, wizaz.pl lub vlogach. Wiele osób opisuje jak działają poszczególne podkłady i na co zwrócić uwagę, u kogo coś się może sprawdzić, a u kogo nie.

Mam nadzieję, że ten post przynajmniej dla kilku osób okaże się przydatny i pomoże im dobrać odpowiedni dla nich podkład :-).

Anielskie oczy według Makeup Revolution cz.2

Poprzednia recenzja "Eyes like Angels Flawless" Makeup Revolution mogła sugerować, że w tej serii jest więcej niż jedna paleta cieni. I to oczywiście prawda. Kolejną paletą jaką chciałabym opisać jest paleta, która nazywa się po prostu "Eyes like Angels".

Paletę wybrałam sobie na mikołajkowy prezent od Mamy. Nie ukrywam, że oczekiwałam jej z dużą niecierpliwością, gdyż wyjątkowo darowałam sobie oglądanie swatchy w sieci i poszłam na żywioł. Poza tym bardzo spodobały mi się makijaże wykonane właśnie tą paletą przez jedną z dziewczyn na facebookowej grupie "Sztuka makijażu". Po zakupie neutralnej palety "Flawless" chciałam coś mocno kolorowego i się nie zawiodłam.

Oto kilka zdjęć palety:





Wszystkie cienie są perłowe, satynowe, z drobinkami, czyli generalnie błyszczące. Jest jeden matowy cień i jest to widoczny na zdjęciu bezpośrednio powyżej ostry róż.

Paleta nadaje się praktycznie dla każdego. Cienie można dobrać do koloru oczy oraz do okazji. Mamy tu kilka odcieni niebieskiego, różu, fioletu, jest świetny pomarańczowy cień, który pięknie wydobędzie niebieski kolor tęczówki. Jest też kilka odcieni zieleni, zarówno żywa zieleń, jak i bardziej stonowana oliwkowa. Do dziennego makijażu warto wykorzystać kilka odcieni beżu, kawy z mlekiem, grafitu i delikatnego srebra. Na pewno rewelacyjnie sprawdzą się w wakacyjnych makijażach, bo bardziej nasycone kolory będą wyglądały doskonale przy opalonej skórze, ale sprawdzą się też u bladziochów.

Jak zwykle wszystkie cienie mają swoje nazwy wydrukowane na przeźroczystej folii dołączonej do opakowania. Mnie najbardziej ujęły morski Aqua Dream, różowo-bordowy Sophisticated Pink oraz bardzo delikatny Peach Cream. To tylko kilka kolorów, które zawiera ta fantastyczna paleta.

Sądzę, że obie palety można spokojnie ze sobą łączyć, używający palety "Flawless" jako bazy i do blendowania cieni. Kolorowa paleta "Eyes like Angels" podbiła moje serce i jestem bardzo szczęśliwa, że znalazła się w moich zbiorach. Na pewno jeśli uda mi się coś fajnego nią namalować to podzielę się zdjęciami.

Zimowa pielęgnacja według ShinyBox-recenzja styczniowego pudełka

Po rewelacyjnym pudełku grudniowym ShinyBox postawiło sobie poprzeczkę dość wysoko. Czy styczniowe pudełko spełnia oczekiwania? Od wielu dni na fanpage'u ShinyBox na Facebooku pojawiały się podpowiedzi odnośnie marek, które znajdą się w pudełku i zasadniczo dziewczyny odgadły wszystkie bezbłędnie. Dwa z kosmetyków są z jednej, bardzo lubianej notabene, firmy.

Produkty z pudełeczka styczniowego prezentują się tak:


Jak widać, firma reprezentowana podwójnie to Sylveco. Firma ta znana jest z kosmetyków naturalnych i często na blogach i vlogach pojawiają się recenzje produktów tej marki, zwłaszcza wśród osób, które stawiają na naturalną pielęgnację.

W mojej wersji pudełka znalazł się oczyszczający peeling do twarzy oraz balsam myjący do włosów z betuliną.

Zacznę od peelingu. Prezentuje się on tak:

Peeling jest przeznaczony dla skóry ze skłonnością do przetłuszczania się, z rozszerzonymi porami, czyli dla mnie ideał. Drobinki ścierające to korund, więc kolejny plus, że nie jakiś sztuczne kuleczki. Kolejny ogromny plus to brak SLS oraz SLES w składzie, czyli substancji, które mogą mocno podrażniać i zapychać cerę. No i kolejny plus, że jest to produkt pełnowymiarowy. Ja jestem bardzo zadowolona, zwłaszcza, że ostatnio używałam saszetek z peelingami, a wolę produkty pełnowymiarowe.

Kolejny kosmetyk z Sylveco to balsam myjący do włosów z betuliną. Moja siostra go sobie bardzo chwali i rzeczywiście stan jej włosów poprawił się znacząco. Balsam ma nawilżać, pielęgnować skórę głowy oraz zapewniać efekt miękkich włosów, czyli wszystko czego ja obecnie oczekuję od szamponu. Ten produkt również nie zawiera SLS oraz SLES i chwała mu za to, bo moja skóra głowy reaguje na te substancje wręcz tragicznie.

Następny produkt pielęgnacyjny to serum firmy BeautyFace. Prezentuje się ono tak:

Ja dostałam wersję wybielającą, ale z tego co wiem, był dostępne również inne rodzaje. Serum ma za zadanie rozjaśnić cerę, zmniejszyć przebarwienia, zmęczenie oraz szary odcień skóry. Lubię tego typu kosmetyki, więc z chęcią wypróbuję to serum.

Następny produkt to balsam do ust firmy Vedara.

Produkt na zimę jak znalazł. Jeszcze nie korzystałam z kosmetyków tej firmy, ale wiele osób je chwali. Podstawowym składnikiem tego balsamu jest olej kokosowy znany ze swoim dobroczynnych właściwości. Bardzo się cieszę z tego produktu, bo niestety dość często zapominam o nawilżaniu skóry ust, a może z takim balsamem będę o tym pamiętać. Dostajemy 7 ml balsamu, a pełnowymiarowe opakowanie jest dwa razy większe

Ostatni produkt ze styczniowego pudełka to perełki rozświetlające firmy Glazel.

Otrzymujemy 11 gramów produktu (pełnowymiarowy ma 17 gramów). Perełki są w bardzo ładnych, delikatnych kolorach, więc powinny dobrze komponować się ze skórą. Jedyną wadą jest małe opakowanie, ale można sobie przesypać do większego, żeby łatwiej było nakładać produkt na pędzel.

Reasumując to kolejne bardzo udane pudełko w wykonaniu ShinyBox. Cenowo plasuje się znacznie niżej niż grudniowy box, ale jakościowo nadal jest super. Jak dla mnie spełnia swoją podstawową funkcję- kosmetyki dobrej jakości. Ja nie oczekuję kosmetyków za miliony, ale taki które po pierwsze-rzadko są dostępne stacjonarnie, więc lepiej robić większe zamówienie, żeby to się opłacało, a po drugie jeśli już są to kosmetyki powszechnie dostępne w drogeriach to niech to będą naprawdę nowości, jak to miało miejsce w przypadku wazeliny i balsamu Vaseline w grudniowym pudełko.

Po raz kolejny brawo ShinyBox!

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Anielskie oczy według Makeup Revolution cz.1

Bardzo często kiedy mamy wykonać dość neutralny makijaż pojawia się problem z doborem odpowiedniej palety cieni. Jedna za jasna, inna za ciemna, w jednej nie ma matów, a w innej znowu cieni satynowych. Wydaje się, że produkt firmy Makeup Revolution rozwiązuje wszystkie te dylematy.

Firma Makeup Revolution powstała w marcu 2014 i szturmem zdobywa makijażowy świat. Na bardzo wielu blogach i vlogach pojawiają się recenzje i makijaże z wykorzystaniem produktów tej firmy. Sama skusiłam się na kilka(naście) kosmetyków tej firmy i chciałabym przedstawić recenzję pierwszego z nich, czyli palety Eyed like Angels Flawless.

Paleta prezentuje się tak:



W skład palety wchodzą 32 cienie o wykończeniach matowych, perłowych, satynowych i z drobinkami. Nie robiłam swatchy, bo zdjęć byłoby wtedy całe mnóstwo. W palecie przeważają delikatne brązy, beże, odcienie złota i miedzi, ale są też dwa piękne bordowe cienie, dwa czarne, w tym jeden z drobinkami, fantastyczny granatowy cień z drobinkami oraz dość ciemny oliwkowy cień. Nie będę ukrywała, że przede wszystkim skusiły mnie te bordowe cienie, bo na punkcie tego koloru mam lekkiego świra (moja suknia ślubna i buty też były biało-bordowe ;-)). 

Niewątpliwą zaletą tej palety jest jej uniwersalność. Nadaje się dla każdego typu urody, każdego odcienia skóry. Pozwala stworzyć zarówno makijaże dziennie, jak i wieczorowe lub ślubne. Cienie się ładnie ze sobą komponują, pozwalają blendować. Na dobrej bazie trzymają się cały dzień bez poprawek. Jak ktoś nie ma zbyt dużego doświadczenia w makijażu to też nie zrobi sobie tą paletą większej krzywdy, bo kolory ładnie wtapiają się w skórę i dają bardzo naturalny efekt.

Wydaje mi się, że jak za cenę 40 PLN (w promocjach około 30 PLN) dostajemy bardzo przyzwoity produkt. Jeśli ktoś nie jest fanem zbyt kolorowego makijażu i woli raczej makijaż z gatunku "natural look" to ta paleta jest rozwiązaniem idealnym. Ja jestem z niej bardzo zadowolona, bo w końcu nie muszę kombinować z kilkoma różnymi paletami,gdyż w tej jest wszystko czego potrzebuję.

To tylko jedna z kilku palet i innych produktów Makeup Revolution, które ostatnio nabyłam. W najbliższym czasie pojawią się kolejne recenzje.

Śliwka i szampan, czyli Sleek Rio Rio ciąg dalszy

Kolejny makijaż wykonany za pomocą palety Sleek Rio Rio. Cały czas ćwiczę nakładanie i blendowanie cieni, a także walczę w upartym tuszem do rzęs. Czy ktoś wie jak ładnie zrobić zdjęcie oka, żeby powieka nie była taka zaciśnięta?




BeGlossy dlaczego?! czyli recenzja pudełek z kwietnia i lipca 2014

Jakiś czas temu BeGlossy ogłosiło promocję na wybrane pudełka z roku 2014. Pojedyncze pudełko kosztowało 29 PLN. Przejrzałam ofertę i postanowiłam zakupić pudełka z kwietnia i sierpnia. Chciałam jeszcze czerwcowe, ale niestety już nie było. 

Pudełeczka, zgodnie z tym co obiecywał fanpage na Facebooku, dotarły do mnie 15 stycznia. Nie ukrywam, że czekałam z niecierpliwością, bo jak wiadomo BeGlossy zawsze ma kilka zestawów kosmetyków i niekoniecznie trafi do nas to co byśmy chcieli. Ja jestem osobiście bardzo zadowolona z tego co otrzymałam. Tym razem będzie bez zdjęć, bo część kosmetyków już zdążyłam dać Siostrze.

Zacznę od pudełka z kwietnia 2014. W moim zestawie znalazły się: odżywka do włosów farbowanych Aussie, koreański krem BB ze śluzem ślimaka, czerwona miniaturka szminki Isadora, automatyczna kredka do oczu firmy FM, Dottore Cosmeceutici Sensitore Aqua Sensitive - płyn micelarny dla skóry wrażliwej, See by Chloé eau fraîche oraz sztyft i plaster przeciw pęcherzom firmy Compeed. Jak widać po trochę makijażu, pielęgnacji cery i włosów, a i perfumy się znalazły. Jeśli chodzi o przydatność z mojej perspektywy to krem BB, szminka i kredka bardzo mnie ucieszyły. Nie jestem fanką kremów BB, wolę podkłady, ale akurat o oryginalnych azjatyckich BB słyszałam same superlatywy, więc z chęcią wypróbuję. Kredka firmy FM jest szara i matowa, czyli dokładnie taka jakiej szukałam, ale trafiałam na same metaliczne albo perłowe. Czerwona szminka będzie fajnym dodatkiem do mojej pokaźnej już kolekcji pomadek w tym kolorze.

Jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne to odżywka do włosów od razu powędrowała do mojej Siostry, jako że jej przyda się bardziej niż mnie. Miniaturka płynu micelarnego też się przyda, ale pełnej wersji prawie na pewno nie kupię jako, że kwota 90 PLN za micel jest dla mnie ceną znacznie przesadzoną. Co do produktów firmy Compeed to akurat w tym momencie są idealnie trafione jako, że mam nowe glany do rozchodzenia i pęcherze prawie na pewno się pojawią. Perfumy See by Chloé eau fraîche na razie mnie jakoś szczególnie nie ujęły, ale może  czasem mi się spodobają.

Sierpniowe BeGlossy od razu uderzyło mnie mocno cytrusowym aromatem i już wiedziałam, że w środku jest pomarańczowe mydełko Organique, na które liczyłam. Poza mydłem w sierpniowej wersji mojego pudełka znalazłam Yu-Be Moisturising Skin Cream, Joanna Oleje Świata Balsam do suchych miejsc 3 w 1, Nails Inc Westminster Bridge Matte Top Coat, Iwostin Sensitia Żel do mycia hypoalergiczny, OLAY Anti-Wrinkle krem pod oczy, Cashmere Illuminator ROZŚWIETLAJĄCY KREM LIFTINGUJĄCY, O SUSAN COSMETICS Paleta korektorów Concealer Quad. Część to miniatury, a część kosmetyki pełnowymiarowe. Sierpniowe pudełko było bardzo bogate i akurat z tego pudełka wszystkie kosmetyki to rewelacja. Ja już pisałam liczyłam, że dostanę mydełko i dostałam. Kremy z witaminą C bardzo sobie cenię więc z chęcią wypróbuję kosmetyk firmy Cashmere. Matujący top to kolejny fajny gadżet. Balam do suchych miejsc zimą na pewno będzie bardzo przydatny. Krem pod oczy dostosowany do mojego wieku też sprawił mi sporo przyjemności. Na paletę korektorów też nie będę narzekać, bo miałam nadzieję, że ją dostanę i że rzeczywiste kolory kosmetyków będą podobne do tych ze zdjęć i tak się stało. Ogólnie sierpniowe pudełko oceniam na szóstkę.

Poza kosmetykami dostałam jeszcze dwa wydania magazynu BeGlossy, w których było kilka ciekawych artykułów oraz kilka bonów na zakupy, niestety już nieważnych.

Podsumowując, te dwa pudełka BeGlossy okazały się super, jak również kilka poprzednich, których nie miałam okazji kupić. Teraz ja się tylko pytam dlaczego kolejne edycje są coraz gorsze?!

piątek, 16 stycznia 2015

Recenzja - Bielenda uszlachetniony olejek arganowy + sebu control complex

Obecnie można zaobserwować tendencję w kosmetyce do dodawania olejków do najróżniejszych produktów. Czy to krem do twarzy czy szampon- wszystko zawiera w sobie jakieś dobroczynne olejki. Kiedyś panowało podejście, że wszystko powinno być oil-free, bo oleje zapychają i niepotrzebnie obciążają. Specjaliści chyba jednak zrobili rekonesans wśród różnych narodowości i tradycyjnych sposobów pielęgnacji i zauważyli, że praktycznie wszędzie naturalne olejki są podstawą pielęgnacji.

Szczególnie popularny stał się olej arganowy, zwany też "złotem Maroka". Bielenda postanowiła wykorzystać ten olej w swoim produkcie do pielęgnacji twarzy, a mianowicie "Uszlachetnionym olejku arganowym". Ja posiadam wersję ograniczającą wydzielanie sebum. Istnieją też dwie inne wersje- nawilżająca z kwasem hialuronowym oraz odmładzająca z pro-retinolem,

Olejek zamknięty jest w szklanej buteleczce z pipetą. Pojemność to 15 ml, którą należy zużyć w ciągu 3 miesięcy od otwarcia. Buteleczka prezentuje się tak:

W swoim składzie, poza olejem arganowym, olejek zawiera dwa inne oleje: makadamia oraz z czarnej porzeczki oraz sebu control complex. Niestety nie wiem co wchodzi w skład tego kompleksu.

Olejek stosujemy albo samodzielnie albo z kremem na noc. Ja stosowałam i sam i z kremem, więc mogę trochę powiedzieć na temat działania. Stosowane sam rzeczywiście ładnie ogranicza wydzielanie sebum w ciągu dnia, ściąga pory oraz znacząco poprawia koloryt skóry. Niestety może troszkę przesuszać (albo to wina suchego, zimowego powietrza). Najlepsze efekty mam kiedy stosuję go z kremem nawilżającym, obecnie również z Bielendy. Olejek najlepiej nałożyć tak około godziny przed snem, żeby zdążył się dobrze wchłonąć.

Z obecnego olejku jestem bardzo zadowolona, ale ponieważ mi się kończy, a ja lubię testować nowe rzeczy to teraz zakupię wersję z kwasem hialuronowym.

wtorek, 13 stycznia 2015

Recenzja serii Bielendy Biotechnologia Ciekłokrystaliczna 7D 30+ kolejne odkrycie 2014

Mam słabość do kosmetyków firmy Bielenda, zwłaszcza tych do pielęgnacji twarzy. Seria 30+ to tak jak wiele moich zakupów efekt poszukiwań na stronie wizaz.pl. W zasadzie w wyniku opinii na tej stronie zakupiłam kremy na dzień i na noc, a płyn micelarny jakoś na promocji w Rossmannie, ale mniejsza z tym.

Na kosmetyki do twarzy składają się wymienione już wcześniej kremy, płyn micelarny oraz maseczka nawilżająca. Ja używam tylko trzech pierwszych kosmetyków, bo maseczki nawilżającej używam innej (notabene również z Bielendy :-)). Z tego co się orientuję jest też balsam do ciała, ale z niego nie miałam okazji korzystać.

Poszczególne kosmetyki prezentują się tak (kremy bez pudełek, bo te już wyrzuciłam):




Zacznę o płynu micelarnego. Produkt ma w składzie nawilżający kwas hialuronowy, witaminę B3, która ma za zadanie matować skórę i działać antybakteryjnie oraz komórki macierzyste z drzewa arganowego, które mają działanie regenerujące, odżywiające i kojące. Płyn nie zawiera SLS, sztucznych barwników, parabenów. Bardzo delikatny kosmetyk. Świetnie odświeża, a przy tym nie pozostawia lepkiej warstwy. Bardzo dobrze radzi sobie z makijażem oczu. Dwie małe wady- mnie się jakoś zawsze za dużo go wylewało na wacik i druga z tym związana wada-lekko się przez to pienił. Ogólnie wady mi aż tak bardzo nie przeszkadzały, bo obecnie mam czwarte już chyba opakowanie tego płynu. Cena też bardzo przystępna i często jest na promocjach.

Krem na dzień to bardzo przyjemny w stosowaniu kosmetyk. Rzeczywiście nawilża skórę, która jest po nim miękka i gładka w dotyku. Co do matowania to bywa różnie. Są dni kiedy działa rewelacyjnie, a są takie że jednak skóra się trochę błyszczy. Sądzę, że to raczej kwestia mojej cery niż działania kremu. Makijaż się na kremie świetnie i bezproblemowo rozprowadza i całkiem nieźle trzyma. Krem ma dość niewielki filtr przeciwsłoneczny, bo zaledwie SPF 10, ale mnie to akurat zupełnie nie przeszkadza.

Krem na noc ma  znacznie bogatszą konsystencję, która przyjemnie nawilża skórę po wieczornym myciu. Samo działanie kremu na noc jest mi ciężko ocenić, gdyż od początku stosuję go razem z olejkiem ograniczającym wydzielanie sebum (też z Bielendy), który również zrecenzuję. 

Kremy mogę podsumować następująco:
-bardzo dobrze nawilżają skórę bez zbędnego obciążania
-mają przyjemną konsystencję
-nie zapychają
-rzeczywiście pryszczy pojawia jakby mniej
-no i spełniają swoje główne zadania, czyli redukcję zmarszczek. Ja jeszcze na jakieś duże zmarszczki nie mogę narzekać, ale porównałam swoje zdjęcia przed i po około miesiącu stosowania obydwu kremów i widzę sporo różnicę jeśli chodzi o skórę. Czoło jest idealnie gładki, a wcześniej były tam już jakieś niewielki zmarszczki. Również bruzdy nosowo-wargowe uległy znacznemu wygładzeniu. Generalnie skóra jest lepiej nawilżona, ma ładniejszy koloryt, a pory nie są tak bardzo widoczne. Lepiej też rozprowadzają się kosmetyki do makijażu.

Jak dla mnie produkt godny polecenia dla wszystkich, którzy chcą poprawić nawilżenie skóry. Sądzę, że również pani poniżej 30-stki mogą spokojnie skorzystać z tych kosmetyków.

Peeling Organique- jedno z odkryć 2014

Bardzo lubię peelingi, zarówno do twarzy jak i do ciała. Do tej pory najczęściej kupowałam peelingi do ciała w drogeriach i głównym kryterium wyboru był zapach :-). Wszystko się bardzo zmieniło kiedy zaczęłam używać produktu firmy Organique.

Peeling otrzymałam podczas akcji promocyjnej organizowanej w październiku przez ShinyBox. Należało zamówić wrześniowe pudełko, a wraz z nim otrzymywało się pełnowymiarowy peeling. Nie ukrywam, że przede wszystkim ten produkt przykuł moją uwagę, chociaż wrześniowe pudełko miało kilka innych perełek jak choćby genialny tusz do rzęs Etre Belle.

Wracając do Organique. Peeling prezentuje się tak:

Opakowanie zawiera 200 gram produktu. Peeling jest oparty na soli, zawiera oleje: kokosowy i sojowy, masło Shea oraz pięknie pachnie lnem i grejpfrutem. Zapach jest naprawdę przyjemny, nie chemiczny jak w bardzo wielu drogeryjnych produktach.

Jeśli chodzi o działanie to jest ono fantastyczne. Skóra jest ładnie złuszczona, nawilżona, ale bez takiego lepiącego uczucia jaką dają produkty z parafiną. Po użyciu nie trzeba już używać żadnego dodatkowego nawilżacza. Również samo użycie jest bardzo komfortowe, gdyż produkt ładnie przylega do skóry, jest kremowy, a ie taki grudkowaty i spadający jak wiele peelingów, które miałam okazję testować. Dzięki temu jego wydajność jest też znacznie większa. Ja swoje opakowanie mam od ponad dwóch miesięcy przy używaniu średnio co trzy dni i jeszcze na kilka użyć mi starczy. Nie trzeba wiele tego peelingu, żeby osiągnąć świetny efekt.

Dla mnie osobiście największą zaletą jest fakt, że prawie zawsze zimą mam jakieś zapalenia przy mieszkach włosowych na nogach. Przy tym peelingu problem zniknął. Nie ma żadnych stanów zapalnych, depilacja też jest znacznie mniej bolesna. Mam w swojej łazienkowej kolekcji jeszcze jeden peeling z Organique, również pochodzący z ShinyBox. Jestem ciekawa czy okaże się równie dobry.

Niewielką wadą może być cena około 40 PLN za opakowanie, ale ponieważ wydajność jest mniej więcej dwa razy taka jak w produktach drogeryjnych, to cenowo wychodzi bardzo podobnie,

Ja ze swojej strony gorąco polecam ten produkt i z chęcią do niego wrócę, a także wypróbuję inne kosmetyki marki Organique.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Recenzja Bell Illumi Corrector Lightening Skin Perfection

Nie wiem czy już wspominałam, że bardzo lubię polskie marki kosmetyczne i chętnie z nich korzystam, zwłaszcza z kosmetyków pielęgnacyjnych. Jeśli chodzi o makijaż, a w szczególności o podkłady to miałam jakiegoś takiego pecha, że niestety wszystkie podkłady polskich firm nabierały na mojej twarzy odcień pomarańczowy. Pomijam już fakt, że nawet najjaśniejsze odcienie okazywały się za ciemne.

Po Bell Illumi sięgnęłam pod wpływem bardzo pozytywnych opinii na portalu wizaz.pl. Wiele dziewczyn rekomendowało go nawet dla osób z tłustą i świecącą się skórą, mimo że to podkład rozświetlający. Cena nie jakaś wygórowana, bo ja zapłaciłam za niego około 20 PLN w Drogerii Natura. Często są również promocje.

Podkład dostajemy w białej tubce z różową zakrętką. Prezentuje się to tak:

Ja osobiście nie lubię tubek w przypadku dość płynnych kosmetyków, bo łatwo wylać za dużo kosmetyku i wszystko wybrudzić, ale podkład Bell jest zakończony tak dobrze wyprofilowanym dziubkiem, że jeśli nie ściśniemy tubki jakoś super mocno to jest mała szansa, że wyleci go za dużo.

Co do koloru to ja- nauczona doświadczeniem z polskimi firmami- zdecydowałam się na najjaśniejszy odcień Light Beige. Tak ładnego i naturalnego koloru podkładu, bez żadnych różowych, pomarańczowych czy żółtych podtonów to jeszcze nie widziałam. Podkład nie ciemnieje w ciągu dnia co też jest bardzo dużą zaletą.

Jeśli chodzi o krycie i rozświetlenie to osoby, które nie mają jakiś naprawdę dużych problemów z cerą powinny być zadowolone. Podkład w bardzo naturalny sposób przykrywa naczynka, mniejsze blizny i rozszerzone pory. Z jakimiś większymi niespodziankami raczej sobie nie poradzi, ale od tego są korektory. Rozświetlenie to naprawdę taki ładny "glow", a nie twarz świecąca się jak żarówka.

Jeszcze jedna zaleta, którą ma ten podkład, a której brakuje wielu podkładom podobnego typu. Podkład Bell jakby delikatnie nawilża cerę. Nie jest to taki efekt jak po kremie albo serum, ale nie ma też uczucia zmęczonej twarzy po demakijażu. No i kosmetyk Bell nie zapycha.

Jedyną wadą w mojej ocenie jest naprawdę średnia trwałość. Na pewno pod tym względem podkład nie spełnia obietnic producenta, a przynajmniej u osób z większą produkcją sebum. Przypudrowany trzyma się oczywiście znacznie dłużej.

Ja ten podkład bardzo lubię i z chęcią używam w codziennym makijażu. Ładny efekt, nie wchodzi w zmarszczki i twarz wygląda po prostu świeżo. Z chęcią wypróbuję kolejne podkłady z firmy Bell, bo jeśli coś jest dobre, a przy tym nie kosztuje majątku to warto z tego korzystać :-).

wtorek, 6 stycznia 2015

Bez glutenu w służbie urody

Gluten. Słyszymy o nim praktycznie codziennie, a jeśli któraś z Was niedawno została mamą to temat glutenu i wprowadzania go do diety mógł spędzać jej sen z powiek. Pomijam fakt, że nie jedzenie glutenu jest ostatnio modne, tak jak wcześniej był boom na wege, kuchnie świata itp. Sklepy są pełne bezglutenowego pieczywa, przekąsek i innych tego typu smakołyków.

Co to jest ten gluten? Zgodnie z definicją z Wikipedii to mieszanina białek roślinnych, gluteniny i gliadyny, występująca w ziarnach niektórych zbóż, np. pszenicyżyta i jęczmienia. Bezglutenowe zboża to na przykład ryż, gryka czy kukurydza. Glutenu nie mają też ziemniaki. Bardzo dobrą książkę na temat glutenu i jego potencjalnej szkodliwości napisał amerykański kardiolog William Davis. Na polskim rynku są obecnie dostępne dwie jego książki "Dieta bez pszenicy" oraz "Kuchnia bez pszenicy".

Nie chcę się w tym poście skupiać na zdrowotnych skutkach spożywania glutenu, bo nie jestem ani lekarzem ani dietetykiem. Mogę tylko opisać moje własne doświadczenia kiedy odstawiłam zboża i kiedy niestety w grudniu do nich wróciłam.

Pierwszą ogromną zmianą po odstawieniu glutenu było całkowite pozbycie się bólu kolan, który towarzyszył mi już od dłuższego czasu, szczególnie podczas przykucania lub wchodzenia po schodach. Krótko przed zajściem w ciążę ból był tak duży, że musiałam mieć robione zastrzyki, tzw. blokady, w prawe kolano. Na ten czas pomogło, ale oczywiście więcej kilogramów podczas ciąży zrobiło swoje i ból powrócił. W ciągu miesiąca od odstawienia produktów zbożowych ból zniknął! Nie to, że się zmniejszył czy nie pojawiała się tak często. Po prostu zniknął. W grudniu, jako że to czas Świąt, pierogów, ciast itd. odpuściłam sobie nasze bezglutenowe menu i ból powrócił ze zdwojoną siłą. Dlatego tym razem rezygnuję z glutenu na dobre.

Kolejna sprawa to pozbycie się napadów głodu pojawiających się na około 1-1,5 godziny po zjedzeniu posiłku zawierającego makaron, kaszę czy ryż. Mimo, że jem takie węglowodany jak ryż czy kasza gryczana, to problem już nie powrócił. Zniknął też, jeszcze nie całkowicie, zbyt wystający brzuch.

A jak gluten ma się w moim przypadku do wyglądu zewnętrznego? Ponowne wprowadzenie glutenu do diety spowodowało u mnie straszną masakrę skóry głowy, którą muszę leczyć dermatologicznie, bo żadne inne sposoby nie pomagają. Zawsze miałam problem ze skórą głowy, ale na czas odstawienia zbóż problem zniknął, by po 2-3 tygodniach folgowania sobie powrócić w postaci bolesnych czerwonych, łuszczących się zmian, które trzeba leczyć środkami z apteki.

To samo dzieje się z cerą. Kiedy nie jadłam zbóż to nie pojawiały mi się żadne niespodzianki, pory były ładnie zwężone, a twarz nie błyszczała się tak szybko. Kilka pierogów zaoowocowało wysypem pryszczy na twarzy i plecach.

Proponuję osobom, które mają podobne problemy spróbować na miesiąc zrezygnować z produktów glutenowych. Być może to będzie pomocne. Ja już do takich produktów nie wrócę, tym bardziej, że wiem jak można je zastąpić produktami z bezglutenowych mąk i orzechów.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Zakupowa etykieta, czyli czego nie robimy podczas kupowania kosmetyków

Wydawać by się mogło, że większość osób robiących zakupy ma świadomość tego, że kosmetyki to produkty, które wymagają odpowiedniego przechowywania i higieny. Jednak niestety tylko się wydaje i kompletnie nie przekłada się na rzeczywistość. Piszę to, gdyż ostatnio spotkały mnie dwie dość kiepskie sytuacje. Po pierwsze nowy tusz był gęsty i miał grudy zaraz po otwarciu, a druga to jedna z klientek w Rossmanie, która bardzo radośnie odkręcała wszystkie maskary po kolei, a na zwróconą uwagę zareagowała, że ona przecież musi zobaczyć jak czarny jest tusz i jaki kształt ma szczoteczka mimo, że przy każdym tuszu było zdjęcie rzeczonej szczoteczki.

Czego nie robimy w drogerii/perfumerii czy innym podobnym przybytku:

1. Nie otwieramy kosmetyków, które nie mają oznaczenia "tester"! Tyczy się to wszelkich kosmetyków, od najbardziej wrażliwych typu tusz do rzęs czy podkład, po te mniej wrażliwe typu puder czy cienie prasowane. To samo tyczy wcześniejszego wąchania żeli pod prysznic czy szamponów. Ja nie jesteśmy pewne czy dany zapach nam się spodoba to weźmy taki, który jest sprawdzony. Żele czy szampony też mają taki znaczek na opakowaniu przez ile są zdatne do użycia po otwarciu.

2. Nie testujmy pomadki czy błyszczyka bezpośrednio na ustach. Generalnie robimy to na własne ryzyko. Przejechanie testerem po grzbiecie dłoni pokaże nam kolor, a jak chcemy sprawdzić jak mocno pomadka kryje to można przetestować na wewnętrznej części nadgarstka.

3. Nie róbmy koszmarnego bałaganu na półkach kosmetycznych odkładając tusz czy cienie w inne miejsce niż były wcześniej, a później narzekajmy jaki to bajzel panuje w danej drogerii. Ja wiem, że obsługa powinna to co jakiś czas kontrolować, ale nie musimy im dodatkowo utrudniać życia.

4. Nie rzucajmy się też jak szalone na wszystkie promocje typu -40% czy 50%. To co zobaczyłam podczas jednej takiej promocji w Rossmanie, po prostu mnie przeraziło. Tłum kobiet patrzących na siebie z mordem w oczach, bo jeszcze ta baba kupi wybraną przeze mnie kredkę do oczu. Masakra!

5. I na koniec jeszcze jedna rzecz, która mnie jako mamę dość często poruszającą się z wózkiem wyjątkowo wkurza. Jak robimy zakupy w drogerii to podczas wyboru tuszu czy kremu nie gadajmy o dupie Maryni przez telefon bądź nie stawajmy na środku alejki tocząc błędnym wzrokiem dookoła. Jak idziemy na te zakupy to się trochę skupmy, żeby nie utrudniać życia sobie i innym.

Jakieś sugestie, co by tu jeszcze można było dorzucić?

niedziela, 4 stycznia 2015

Miesiąc pod znakiem Sleek Rio Rio

Zgodnie z tym co pisałam już w poście na temat postanowień noworocznych chciałabym w styczniu wykonać jak najwięcej makijaży paletką Sleek Rio Rio, którą prezentowałam już wcześniej. W ramach prezentacji wrzucam dwa makijaże wykonane wyżej wymienionymi cieniami. Pierwszy to moja inwencja twórcza, drugi został zrobiony na podstawie tutorialu na vlogu Martyny Molendy. Przy okazji robienia makijaży ćwiczę też robienie zdjęć i chyba coraz lepiej mi idzie :-). Jak ktoś ma jakieś uwagi,  to bardzo proszę się nimi podzielić.



A teraz makijaż robiony na podstawie tutorialu Martyny Molendy. Oczywiście u Martyny wyszło to przepięknie. Ja jestem amatorką i ciągle się uczę zarówno sztuki makijażu, jak i robienia zdjęć.




Jak ktoś ma jakieś uwagi to chętnie poczytam :-).